- My wszyscy jesteśmy stamtąd. Wszyscy tam byliśmy, a potem rozeszliśmy się po Ziemi, więc jak chcecie wczuć się w to i zobaczyć przy okazji coś naprawdę niezwykłego, musicie jechać do Mesa Verde- przekonywał sympatyczny Zuni wyciągając z podwórkowego pieca gorący, pachnący chleb. - To chleb naszych przodków.
Chleb był pyszny, więc szybko i bez wahań przyszła decyzja zmiany planów. Kilkaset mil w jedną czy w drugą stronę nie robi w końcu takiej wielkiej różnicy. A kiedy następnego dnia już z daleka zaczął być widoczny majestatyczny zarys wypiętrzonych skał- było wiadomo, że decyzja okazała się słuszna. Mesa Verde to miejsce niezwykłe.
Pierwsze drapacze chmur
Kręta droga prowadzi wciąż w górę i w górę poprzez pionowe ściany skalne, okaleczone pożarami lasy i rumowiska i łatwo sobie wyobrazić, jak musiało wyglądać docieranie na szczyt wiele lat temu, gdy tereny te zamieszkiwali przodkowie dzisiejszych Indian.
Jeszcze kilka zakrętów i kolejnych miejsc widokowych od których można się oderwać wyłącznie dlatego, że przenikliwy wiatr robi się coraz zimniejszy - i oto wyłaniać się zaczyna wprost z nagich skał coś, co wygląda na kamienne, zburzone zamki, wieże, warowne miasta. Ma się wrażenie, że są wklejone w skałę.
Największy - tzw. Pałac Klifowy - ma 200 pokoi, które można uznać za coś w rodzaju sypialni oraz liczne pomieszczenia do użytku poszczególnych klanów lub całej społeczności. Odbywały się w nich najróżniejsze uroczystości i spotkania. Ściany zdobiono malowidłami, które dziś zdumiewają nowoczesną, geometryczną linią i czystością rysunku, tak samo zresztą jak zdobienia na ceramice.
Różnego typu codzienne prace - mielenie zboża, wyrabianie naczyń itp. - wykonywano na zewnętrznych tarasach. Zaraz obok pałacu klifowego pobudowano kilka następnych. Przejścia to wykute w skale korytarzyki, drabinki, całe systemy tuneli biegnących w głębi skał.
Na najniższym poziomie umieszczono magazyny żywności i wody. A wszystko to powstało bez metalowych narzędzi, bez maszyn.
Zniknęli sobie
Nie wiadomo dlaczego te wybudowane z niewątpliwie dużym trudem kompleksy zostały opuszczone przez mieszkańców. Jest za to dużo koncepcji na ten temat.
Niektórzy twierdzą, że w osadach zaczęło drastycznie brakować wody koniecznej do uprawy roli. Inni - że spowodowały to względy religijne lub może epidemie wyniszczające ludność aż do całkowitej zagłady.
Nie brakuje i wyjaśnień mniej, powiedzmy, przyziemnych. Zgodnie z nimi pierwsi mieszkańcy okolicznych jaskiń i budowniczowie okolicznych skalnych pueblo to kosmici, których statek uległ awarii, musieli więc jakoś przetrwać w bardzo ciężkich warunkach aż do przybycia ekspedycji ratunkowej.
Wędrówka przez legendę
Jak wszędzie na świecie - na początku był Stwórca. Ten akurat nazywał się Tewa, panował nad przestrzenią i czasem i stworzył gwiazdy, planety i wszelkie stworzenia. Jednakże nie były to istoty o jakich marzył Stwórca, walczyły bowiem między sobą i jakoś nie potrafiły zrozumieć znaczenia podarowanego im życia.
Tewa ulitował się więc nad nimi i podesłał na pomoc Babcię Pająka, żeby wyprowadziła ich bliżej powierzchni Ziemi. Przybrali tam kształty zwierząt- i znów walczyli ze sobą. I znów Stwórca przysłał im pomoc- i musiał tak robić jeszcze trzy razy, choć trzeba przyznać, że będąc już bardzo blisko powierzchni Ziemi-w tzw. trzecim swiecie, przynajmniej niektórzy zaczęli rozumieć sens i znaczenie danego im życia i żyć zgodnie z naukami Babci.
I tych właśnie Stwórca postanowił wprowadzić do czwartego świata, na powierzchni Ziemi, a Ptak Przedrzeźniacz usiadł blisko wyprowadzającej ich Babci i podzielił ludzi na Hopi, Zuni, Pima, Białych Ludzi i inne plemiona i narody i rozesłał ich po całym stworzonym przez siebie świecie.
Tak brzmi - w wielkim skrócie - opowieść współczesnych potomków tradycji Anasazi, którzy niegdyś zamieszkiwali skalne puebla przez które dziś się przedzieramy. Hopi wierzą, że otwór przez który Babcia wprowadziła ludzi w czwarty świat znajduje się właśnie w Mesa Verde.
Tajemnice przodków
Anasazi pozostali nie tylko w legendzie. Pozostawili po sobie i inne ślady, wiadomo więc, że byli nie tylko budowniczymi. Wytwarzali zdobioną ceramikę, biżuterię, wyplatali koszyki, dbali o estetykę i rytuały, zajmowali się też rolnictwem, co w warunkach w jakich przyszło im żyć było prawdziwym wyczynem wymagającym nie tylko znajomości roli i ciężkiej pracy, ale i organizacji, współdziałania i umiejętności-dziś byśmy powiedzieli- kształtowania terenu.
Udało im się w ciężkich warunkach naturalnych stworzyć skomplikowaną kulturę. A archeolodzy i tak toczą spory na ich temat. Z odkrytych śladów wynika bowiem, że nie był im obcy także...kanibalizm. I tylko nikt nie wie- dlaczego niektórzy byli zjadani. Tym bardziej, że pozostawili po sobie w o wiele większych ilościach- zwykłe cmentarze z których wynika, że swych zmarłych traktowali z miłością, wyposażali ich groby w biżuterię i cenne przedmioty, także w cudownie zdobioną ceramikę przez co zresztą wielokrotnie były plądrowane.
Prehistoryczne tajemnice bardzo trudno rozwikłać, nie ma przecież żadnych pisanych dokumentów, wszystko trzeba wyinterpretować, zgadnąć, domyślić się. Nic więc dziwnego, że liczne tajemnice Anasazi zainspirowały np.twórców popularnego i w Polsce serialu Archiwum X, a stamtąd trafiły do tzw.legend miejskich, a jak się ma pecha- jak pewien europejski reporter- to caluśki scenariusz można usłyszeć od bardzo przejętego zdradzaniem plemmiennych tajemnic podpojonego ognistą wodą Indianina.
A tak nawiasem mówiąc filmowcy nie raz próbowali wtargnąć na Mesa Verde. Między innymi po to, żeby kręcić tam zdjęcia do filmu Spielberga "Indiana Jones i świątynia zagłady". Sprzeciwili się temu Indianie Hopi uznający to miejsce za ważne dla ich tradycji i wierzeń i producent odstąpił od pomysłu pomimo, że formalnie teren ten należy obecnie do Parku Narodowego, nie stanowi więc własności żadnego szczepu. Cały
kompleks skalnych budowli został uznany przez UNESCO za zabytek światowego dziedzictwa.
Przez ekstremalne okulary
Ponieważ teren należy do Parków, więc obecnie zwiedza się niektóre obiekty tak trochę-jakby to ładnie powiedzieć- bez natchnienia. Wędrówki przez poszczególne stanowiska są podzielone na stopnie trudności,
zresztą trochę na wyrost.
Na trasie reklamowanej jako ekstremalna- wymagano specjalnego obuwia i...zapasów wody - spokojnie dali sobie radę bardzo mocno starsi państwo w okularach, które kazały przypuszczać, że prawdopodobnie nie przeczytali zbyt dokladnie w jakiej to ekstremalnej wyprawie biorą udział, więc nie mogli z niej zrezygnować. Ale buty mieli, fakt - więc pewnie dlatego przemknęli się przez kontrolującą wejście srogą przewodniczkę.
Jeśli się jednak ma odrobinę szczęścia, można gdzieś tam, na ktorejś z tras spotkać pielgrzymującego do świętych miejsc przodków Indianina, a wtedy wystarczy spojrzeć na wzruszenie, zachwyt i zadumę w jego twarzy, żeby wszystko dookoła nabrało całkiem innego sensu i znaczenia - dokładnie tak, jak chciał Tewa, stworzyciel tego świata i istot, które zaludniły to niezwykłe miejsce.
Anasazi, co znaczy w języku nawajo:starożytni wrogowie - zwani są też Wypalaczami Koszów- społeczność, której początki sięgają wedle niektórych źródeł 700 r. p.n.e. Posługiwali się językiem, którego nie udało się do tej pory sprecyzować. Wznosili zwarte, tarasowe budowle, żyli też w naturalnych jaskiniach. Zajmowali się łowiectwem, rolnictwem , wyrabiali ceramikę i biżuterię. Grali też na fletach. Według niektórych źródeł- to oni wynaleźli łuk i strzały.
Indianie Pueblo - prawdopodobnie potomkowie Anasazi- bardzo długo walczyli z hiszpańskimi najeźdzcami. Ostatecznie ulegli kolonizacji pod koniec XVII wieku.
Mesa Verde, czyli Zielony Stół- Park Narodowy w Kolorado, ok. 52 tysiące akrów. Wypiętrzenie skalne wznosi się na wysokość 700 metrów. Na terenie parku znajduje się ponad 4000 stanowisk archeologicznych, z czego ponad 400 w klifach.
Rocznie zwiedzany jest przez ok. pół miliona turystów-w porównaniu do innych parków nie jest to liczba duża. W roku 2006 park obchodził swoje stulecie. Jest pierwszym i do dziś jedynym amerykańskim Parkiem Narodowym w którym chroniona jest nie tylko przyroda, ale i kulturowy dorobek ludzi.
Niektóre z tamtejszych budowli znajdują się na liście nawiedzonych miejsc i szczycą się...kilkoma aktywnym duchami.
W internecie:
foto: Aneta Radziejowska, Marek Rygielski





